Czy zjadłam pączki w Tłusty Czwartek?

Zadziwię was! Zadziwiłam i samą siebie. Tak, zjadłam pączki w Tłusty Czwartek, dokładnie dwa. Jeden z kremem budyniowym (czyli angielskim custardem), a drugi z czymś przypominającym dżem. Żaden nie miał lukru, tylko biedną cukrową otoczkę. Żaden nie był smażony. Suche, prosto z Sainsbury’s – ale za granicą trzeba sobie jakoś radzić. Już umówiłam się na poprawiny gdy tylko wrócę do Polski.

Naprawdę, założę się, że Babcia już dzisiaj kupiła pączki i będzie je trzymać przez dziewięć dni i zaserwuje je, gdy ją odwiedzę. Jej argumentem będzie: “bo mówią, że im starsze, tym zdrowsze” (mając na myśli: mniej niezdrowe). Z drugiej strony, to tylko przypuszczenia. A przy okazji, to dzisiaj wypadają też moje imieniny. Jak miło.

Z tej okazji powinnam zrobić coś dla siebie. Powinnam pójść na trening HIIT i poruszać swoje ciałko dla zdrowia. Zwłaszcza, że od kilku dni wrzucałam w siebie wszystko, co się nawinie, bo czuję niekończący się głód (już teraz na szczęście nie, bo wszystko kiedyś się kończy, całe szczęście).

Ale NIE. Dziś zdecydowanie nic nie będę ćwiczyć. Wczoraj przetrenowałam, a od rana czuję w tułowiu efekty wtorkowego treningu. Mięśnie obudziły się dopiero teraz i zorientowały, że muszą się odbudować. Jakie miałam inne wyjście, niż zapewnić im wystarczającą ilość kalorii i zostawić w spokoju? No właśnie, dlatego dzisiaj na pewno nie pojawię się w Stodole.

Przy okazji: dzisiaj, 4 lutego, dostałam e-mail od University of Bristol. Przeszłam przez pierwszy etap kwalifikacji i teraz mam za zadanie nakręcić filmik (albo napisać kolejny personal statement) w celu udowodnienia, że byłabym świetną studentką kierunku z Innowacją. Zobaczymy, jak będzie.

Jak wam minął Tłusty Czwartek? Ile zjedliście pączków? Czy od jutra przechodzicie na dietę? Trenowaliście dziś, wczoraj, a może dopiero będziecie?

Łatwo i szybko jest napisać komentarz. Pisz-i-ty!

Ponczek2

Moja przerwa na kawę wyglądała o tak.

 

Źródło zdjęcia w nagłówku: pexels.com / snapwiresnaps.tumblr.com

Co chcę zmienić w tym blogu?

Wszystko.

To, że na razie jest tylko szkicownikiem, a nie blogiem.

To, że w jego dotychczasowej formie nie ma szansy, żeby ktokolwiek go czytał. (No bo kto czyta cudzy szkicownik? …w zasadzie to ludzie czytają cudze szkicowniki! Gdy byłam młodsza, robiłam bardzo złą rzecz i zawsze wykradałam notes mojej mamy, żeby go przeglądać i czytać jej historie. Bo pisze świetnie, ale rzadko kiedy je pokazuje).

To, że nie ma określonej tematyki.

Z tą tematyką jest tak, że piszę na każdy temat – po to, aby odnaleźć te, w których czuję się najlepiej. Na które mogę pisać i pisać, i pisać z sensem, i udostępniać naprawdę interesujący materiał, którego potencjalny czytelnik nigdzie indziej nie widział. Bo po co czytać po raz dziesiąty to samo? Po co czytać po raz dwudziesty post o tym, jak dotrzymać noworocznych postanowień? Po co po raz trzydziesty patrzeć na zdjęcia zielonego koktajlu z jarmużu i rzodkiewek?

To, że wiele słów jest zbędnych.

Słowa są zbędne, bo nie edytuję artykułów. Jakoś nigdy nie mogę się do tego zabrać – dlatego to, co czytacie, jest beznadziejne. Szkic polega na tym, że piszesz pierwsze rzeczy, które przychodzą ci do głowy – dlatego szkice nawet największych pisarzy są pewnie totalnym crap. (Jakkolwiek mocno nie popieram zastępowania polskich słów angielskimi, to jakoś wolę powiedzieć crap niż polską wersję tego słowa. Może ktoś z was zaproponuje mi jakąś alternatywę do tego przekleństwa?)

(Ok, ok, gówno to nie przekleństwo. Jesteśmy dorośli. Ale nie jest najpiękniejszym polskim słowem – jest daleko, daleko poniżej filiżanki).

 

Ale generalnie wiążę wielkie nadzieje z tym blogiem. Dlaczego?

Bo od małego dziecka (czyli od kiedy dorwałam się do stałego łącza z internetem) siedziałam w internecie. Siedziałam w stronach, forach, blogach. Nie miałam jeszcze naszej-klasy ani facebooka, czyli miałam zadziwiająco dużo czasu – kto za tym nie tęskni? Za oddawaniem się wyłącznie temu, co przynosi nam radość i na czym można spożytkować naszą niekończącą się energię? Bo ja wierzę, że energia tak naprawdę nigdy się nie kończy. Mamy jej głębokie, głębokie pokłady, tylko często nie potrafimy się do niej dostać. Coś nas blokuje i paraliżuje, i dlatego w środku dnia czujemy się zmęczeni i zdołowani. (To taki mały offtopic).

Dlatego ludzie uspołeczniali się na forach. Tam prowadziło się prawdziwe dyskusje – w końcu w poście składającym się z przynajmniej jednego pełnego paragrafu (bo inaczej moderator dawał ostrzeżenia!) zawiera człowiek więcej treści, niż w krótkim statusie na facebooku albo podpisie pod zdjęciem. Fora były tematyczne, więc nie było ględzenia o wszystkim i o niczym (no chyba że w odpowiednim subforum).

Na forach i na blogach. To prawda, większość blogów prowadzonych przez młodszych internautów miała na celu zbieranie komentarzy i wyświetleń. Pamiętam zawieranie umów “stałych gości” i komentarze o treści: “7/10”, “8/10”, “9/10”, odliczające komentarze pozostałe za “zapłatę” za, przykładowo, wykonanie szablonu. Ale to było fajne. Ludzie mieli hobby. Mogli powiedzieć: “prowadzę bloga”, ale zwykle nikt się nie ujawniał, bo to by znaczyło, że zamiast prowadzić życie na prawdziwym podwórku, chowali nos w internecie. Teraz ktoś, kto nie jest w internecie, nie ma życia.

Miałam bloga o Hani Humorek, później forum, a nawet stronę z własną domeną. W dwóch ostatnich pomagała mi mama. To było coś prawdziwego, organizowałyśmy nawet konkursy z nagrodami. Co tydzień organizowałam w moim domu zebrania Klubu Siusiającego Szczura (na wzór Klubu SR) i robiliśmy tam naprawdę fajne rzeczy. Zazdroszczę sobie takiego zapału i poczucia, że mogę wszystko – bo cokolwiek jest moim pragnieniem, na pewno nie jest stratą czasu.

W gimnazjum więcej się uczyłam. Ale miałam też więcej pracy związanej z prowadzeniem zastępu.

W liceum uczyłam się coraz mniej. I coraz bardziej przygniatała mnie praca z drużyną. Harcerstwo – coś, co kiedyś tworzyło moje życie, powoli je pochłaniało. Poczucie obowiązku nie dawało mi przestać, zatrzymać się i zastanowić, czy naprawdę chcę to dalej robić, czy naprawdę tego potrzebuję.

Potem przyjechałam tu. Do szkoły z internatem w Anglii. Dostałam naukowe stypendium, więc uczyłam się dobrze, bardzo dobrze. Teraz też. Nie mam czasu się nudzić, ledwo mam czas, żeby cokolwiek pisać w języku polskim. (Teraz uznałam, że jest to warte zachodu. Mam czas na rehabilitację. Zastanawiam się, jakie są moje priorytety w tym momencie – oczywiście nauka, ale co poza tym?).

Potem pójdę na studia. Kiedy będzie odpowiedni czas, żeby prowadzić bloga? Bo to jest czynność, którą się kontynuuje. Długoterminowa. Zatem może czas jest… po prostu.

Nie lubię się nad czymś za dużo zastanawiać, lubię – po prostu coś zrobić. Ostatnio od myślenia za dużo dostałam mocnej paranoi i wcale nie było to fajne.

 

Źródło zdjęcia: pexels.com / startupstockphotos.com

Dlaczego ten tydzień był szalony?

I dlaczego tytuły wszystkich moich postów są w formie pytającej? Bo myślałam, że fajnie byłoby trzymać się jakiegoś schematu, i że będzie to ciekawie wyglądać. Nie wygląda ani zachęcająco, ani zbytnio ciekawie; może kiedyś przyjdzie pora, żeby to zmienić. Na razie nie. Nie mam żadnego lepszego pomysłu.

Ten tydzień był, i nadal jest, szalony. Nadal jest, bo jeszcze się nie skończył; znowu jest sobota i siedzę w tym samym miejscu, w którym pisałam poprzedni post: oparta plecami o kaloryfer, który właśnie stygnie, bo jest już po dziewiętnastej. Korzystam z wolnego czasu: czytam książkę ‘All The Bright Places’ Jennifer Niven, i poświęcam czas na napisanie tego posta.

Ten tydzień był tygodniem załamania, odpuszczenia, odpoczynku, ‘rehabilitacji’. Określiłabym to zdaniem: ‘dochodzę do siebie’. Nie mam pojęcia, jak to się stało, że akurat we wtorek zdecydowałam się kompletnie rozlecieć emocjonalnie i wszystko wygadać pani Woodhead, która przyszła na klub dziennikarski; w zasadzie poza mną była to jedyna osoba, która się pojawiła, nie licząc chłopaka od historii, który spóźnił się pół godziny. Wszystko jest zamglone w mojej głowie. Wiem, że już od dawna bardzo stresowała mnie praca redaktorki naczelnej szkolnego newslettera i nigdy nie miałam najmniejszej ochoty dalej się nią zajmować. Przynosiła mi satysfakcję w ubiegłym trymestrze, ale po wynikach moich próbnych egzaminów widzę, że moje zajęcia pozaszkolne mocno odbiły się na nauce. Cały czas łapałam się na tym, że zamiast odrabiać lekcje czy powtarzać na sprawdzian pisałam i redagowałam artykuły do gazety. Albo rysowałam komiksy (zupełnie bez sensu). I powiedziałam o tym Woodhead; to, że nikt nie wywiązał się ze swoich dziennikarskich obowiązków, wcale mi nie pomagało.

Nie wiem, jak temat przeskoczył z newslettera na moje problemy z odżywianiem. Nie uważałam, że mam jakiekolwiek problemy – przecież mocno pilnowałam się na posiłkach, żeby nie zjeść za dużo. Nie opuszczałam treningów, żeby przypadkiem nie przytyć – przytycie było wówczas równoważne z utratą pewności siebie i denerwowaniem się tym, że nie mogę całkowicie oddać się jedzeniu.

Tak, wiem, jestem kompletnie walnięta.

Woodhead doszła chyba do tego samego wniosku i założę się, że każdemu nauczycielowi w szkole ogłosiła ten fakt i poprosiła, żeby traktowali mnie jak porcelanowy imbryk. Następnego dnia, w czasie biologii, która była moją pierwszą lekcją, czekała mnie rozmowa z pielęgniarką i matroną. (Właśnie się zastanawiam, jak w ciągu 16 minut wytrzymałość baterii zdążyła spaść z 2 godzin do 58 minut. Zagięcie czasoprzestrzeni?).

To, co mi powiedziały, mogę podsumować tak: mam jeść dużo i zdrowo, podjadać między posiłkami, przytyć do 50 kg, ważyć się co tydzień, chudnę z powodu stresu i nadmiaru treningów, obsesyjnie trenuję, wyślą e-mail do mojej mamy, dostanę sojowe mleko ze szkoły, biorę na siebie za dużo obowiązków i odpowiedzialności, mam wrócić do domu na half term.

Jak dla mnie wyszło z tego tyle: na każdym posiłku nakładam sobie dużą porcję, więc kończę jeść kiedy reszta stołu kończy deser (bo rzadko wyrzucam jedzenie do kosza), moja mama musi myśleć, że jestem jeszcze bardziej chora niż byłam, i mnóstwo nauczycieli traktuje mnie jak wcześniej wspomniany porcelanowy imbryk.

Zastanawia mnie tylko to, czy kiedykolwiek przestanę się czuć na tyle wrażliwa, żeby wrócić do sportu i poprzednich obowiązków. Może powinnam porzucić dawne zwyczaje, i wyrobić nowe? Takie, które utrzymają mnie w równowadze – zarówno psychicznej jak i fizycznej – na długą metę, i już nigdy nie będę musiała się o nic martwić?

 

Internet nie pomaga. Internet zawraca głowę. Usunęłam aplikację facebooka z telefonu. Następnym razem wytłumaczę dlaczego, ale chyba się domyślacie.

Jak mi tu jest?

Wbrew pozorom, ten blog nie zakończył swojego życia wraz z zakończeniem 2015. Dopiero co umieściłam na nim kilka postów, byłoby to jak uśmiercanie dziecka, na przykład tak jak w książce, którą skończyłam czytać właśnie wczoraj. Nie zdradzę wam jej tytułu, bo na pewno osądzilibyście mnie o spojlery (a ja nie cierpię spojlerów od 2005, chociaż czasem zmieniam o nich zdanie).

Jestem już w szkole, powiem więcej – dotrwałam do pierwszego weekendu. Jest sobotnie przedpołudnie, a ja siedzę na podłodze w bibliotece, z plecami opartymi o kaloryfer, który właśnie się nagrzewa. (Nie ma innej opcji – kiedy weszłam do biblioteki, powitało mnie okropne, zimne powietrze).

Wtorek był pierwszym dniem zajęć po feriach i o dziwo wcale nie zaatakował mnie depresją ani nagłą falą nostalgii. Już pod koniec lekcji pocieszała mnie myśl ‘pierwszy dzień nie był taki straszny, już się skończył, nadal jestem przy życiu’. Świadoma niedawnych powodzi w pobliskich miasteczkach z zadowoleniem patrzyłam na czyste niebo i spokojny las. Ale to, co wydarzyło się w kolejnych dniach, zapewne dosięgło obaw mojej babci.

Deszcz nie przestawał padać, z nieba lało się strugami, które zalały szkolną stołówkę i teraz wygląda ona z zewnątrz jakbyśmy szykowali okopy na wojnę z Rosjanami. Ani jednego dnia nie byłam zadowolona ze swojej fryzury, bo ze względu na nadzwyczajnie wilgotne powietrze nie trzymała się ona żadnych zasad bezpieczeństwa czy przyzwoitości. Temperatura drastycznie obniżyła się dopiero w czwartek i piątek, ale póki co nie było na co narzekać.

Takie mam zresztą postanowienie na 2016 – narzekać dużo mniej. Zdecydowałam, że nie ma sensu psucie sobie samej życia przez negatywne podejście, i zwłaszcza w tej pochmurnej Anglii trzeba wyszukiwać promyki słońca, a nie zaciągać przed nimi chmury.

Gdy wyglądam przez okno tarasowe, widzę białą mgłę przesłaniającą klif Ravenscar, przemoczone krzaki i brudną posadzkę z piaskowca pod kałużami angielskiej pluchy. Kiedy przestanie padać, tego nikt nie może się spodziewać.

Jakie cytaty na problemy egzystencjalne?

Poniżej – zbiór cytatów zebranych z magazynów i internetowych artykułów, które potrafią pomóc ludziom z różnymi problemami egzystencjalnymi. Czasem wyjęte z kontekstu, czasem nie, ale czy to ma znaczenie?
Na bieżąco aktualizuję.

Boisz się, że nie znajdziesz pracy?
Women’s Health: “Każda firma potrzebuje różnych pracowników, nie tylko tych najlepiej wykształconych i doświadczonych”, podkreśla doradca do spraw kariery Magdalena Ściepko.

Mam kłopoty, pomożecie?

Otóż, jak większość nastolatków, jestem osobą dosyć zakompleksioną i z problemami. Mam sto obowiązków dziennie i z zasady prawie żadnych nie wypełniam, bo przecież odpowiedzialność to dopiero jak zdobędę trzecią pracę i rozpracuję, jak płacić podatki.

Problem, który budzi mój niepokój dzisiaj, jest taki: większość pracy kreatywnej wykonuje się na siedząco, albo w innej nieruchomej pozycji. Jak nadać jej bardziej sportowego wymiaru i dodać walorów zdrowotnych? Bo nie cierpię siedzieć w miejscu.

Jeśli ktoś ma jakieś pomysły, niech daje znać.

Dlaczego to dobrze, że sklepy nie są otwarte 24/7?

Możecie się zastanawiać, dlaczego czytacie takie głupoty akurat na moim blogu, skoro więcej odpowiedzi na takie pytanie możecie znaleźć na Quorze. Ale przytoczę tu przykład portali społecznościowych, podchwycony na blogu Tomka: na Facebooku też da się wstawiać zdjęcia, ale mimo to używamy w tym celu Instagrama. Albo Twittera do zamieszczania błahostek. Są po prostu bardziej odpowiednie.

Nie mówię, że mój blog jest odpowiedni do czegokolwiek, jest po prostu moim sposobem na zajęcie czasu, kiedy nie mam ochoty robić tego, co akurat mam do zrobienia. No i promuje Niepoważne Podejście Do Życia.

Dziś jest pierwszy dzień po Bożym Narodzeniu, a zarazem niedziela, dlatego gdy wyszłam na ulicę około 12, ciężko było natrafić na otwarty lokal. Nie było to dla mnie rozczarowaniem, bo wiedziałam dokąd idę i miejsce to było otwarte (Ogród Zoobotaniczny – dużo rodzin z dziećmi, poza mną tylko jeden samotny odwiedzający, i był to starszy pan).  Niemniej jednak zaczęłam się zastanawiać co by było, gdyby sklepy były otwarte całą dobę, przez cały tydzień.

Zadałam to pytanie mojej mamie. Stwierdziła, że mniej martwiłaby się zakupami, wiedząc że w każdej chwili może wyskoczyć po coś do sklepu. A ja uważam, że byłoby inaczej – żeby wymienić tylko jedną rzecz, z taką świadomością ludzie staliby się strasznie zapominalscy i zirytowani tym, że co chwilę muszą skakać do sklepu.

Poniżej przedstawiam powody, dla których to dobrze, że sklepy nie są otwarte 24/7:

  1. Dają nam przymusową przerwę od konsumpcji. Sklepy, które zamyka się wcześniej w niedzielę, dają przerwę nie tylko sprzedawcom, ale też klientom. Nie zdajemy sobie z tego sprawy, ale otwarte sklepy skłaniają nas do zakupów. Wracasz na piechotę do domu, mijasz otwarty sklep i myślisz: skoro już przechodzę obok, to może wskoczę i coś kupię. Brzmi znajomo? A jako że mijasz setki sklepów dziennie, nie wydaje ci się to wcale nienaturalne i stało się częścią twojego życia już dawno temu.
  2. Kiedy to piszę, mój tata gra w elektroniczne rzutki, które dał na Święta mojej mamie. Jest to niezwykle hałaśliwe i denerwujące, zwłaszcza że nikt nie potrzebował i nie chciał tych rzutek. No i proszę, widzimy jak świąteczny amok skłania (nierozważnych) ludzi do kupowania zbędnego badziewia (nie mylić z przydatnym badziewiem; na pewno takie istnieje, choć jeszcze nie wiem co).
  3. Zwiększają kreatywność. Czy też zabrakło ci klamerek do prania, czy musisz wykreować kolację z Tego, Co Zostało W Lodówce, stoisz przed wyzwaniem które sprawdzi twoją pomysłowość i pobudzi mózg do pracy.
  4. Gdyby sklepy były otwarte, nie powstałyby takie wspaniałe przepisy jak na przykład Pudding Imbirowy Z Chałki. Bo jak każdy wie, czerstwa chałka po zapieczeniu zamienia się w najlepsze danie pod słońcem.

A waszym zdaniem? Czy sklepy powinny być otwarte przez całą dobę? A może to dobrze, i masz lepszy pomysł niż moje? Chętnie usłyszę.

Jak zrobić Święta inaczej?

W wielu domach, wliczając w to mój, Wigilia co roku jest taka sama. Jest karp, inne smażone ryby (bo tylko jedna osoba trawi karpia), kapusta, makowiec i pierniczki. Od rana każdy jest w domu, podekscytowana zjadam ostatnią czekoladkę z kalendarza adwentowego, z tego dużego okienka. Co pewien czas wyskakuję do sklepu po jakiś brakujący składnik. Ostatecznie się ściemnia i możemy zasiąść do stołu, i już wiem jak potoczy się reszta wieczoru – jedzenie, prezenty, telewizja i sen.

Jakże ekscytująco! Czekam na Boże Narodzenie cały rok, ale pod koniec okazuje się ono niewypałem – czy specjalny czas, świąteczny czas jest przereklamowany?

Zmusiłam się do wymyślenia listy pomysłów co można zmienić, aby w jakiś sposób uczynić Święta trochę innymi. Nie zawsze chcemy zmieniać tradycję, ale wszędzie znajdujemy odstępstwa – w ortografii, gramatyce i innych dziedzinach życia. (Na pewno! Na pewno! Tylko jeszcze nie wiem jakich. Pomóżcie). Co wy zmienicie w tym roku?

  1. Lody na deser. Pod koniec lata jakoś zapomina się o szczęściogennych właściwościach mrożonych deserów. Przecież kiedy siedzę w ciepłym, ogrzewanym domu nie jestem narażona na odmrożenia. Po gorącej zupie, ciepłym bigosie i odgrzewanych pierogach lody wyróżniają się nie tylko temperaturą, ale również swoją subtelnością. Jaki smak wybrać? Można zachować świąteczną tematykę – przygotować własny spin na tradycji, na przykład lody makowe, korzenne lub cytrusowe.
  2. Podpisy-zgadywanki. Pakujesz prezenty? Wypadałoby je podpisać, aby było wiadomo, dla kogo są przeznaczone. Możesz po prostu naskrobać na papierze czyjeś imię, ale czy nie lepiej zamienić rozdawanie prezentów w ciekawą zabawę? Zamiast pisać ‘Mama’ na torebce, w której schowałam zaparzacz do kawy, mogę napisać ‘Osoba, która pije najwięcej kawy spośród nas’. I tak na każdym prezencie. Możliwe, że będzie trochę śmiechu w czasie rozpakowywania prezentów.
  3. Mniej potraw. U mnie zawsze robi się niewiarygodnie dużo jedzenia, stanowczo za dużo jak na tylko trzy osoby – ostatecznie dużo rzeczy się dojada, kiedy są już podeschłe i niedobre. Może wcale nie potrzebujemy aż dwunastu potraw na stole? W końcu od niektórych tradycji się odchodzi, na przykład Ameryka Północna odeszła od niewolnictwa i nic złego się nie stało. Może skupimy się na tej części Bożego Narodzenia, która nie jest związana z jedzeniem? Możliwe, że wtedy Święta przestaną nieprzyjemnie kojarzyć się z bolącym brzuchem po przejedzeniu i przybieraniu na wadze.
  4. Catering z wymianą. Przytoczę przykład z mojego domu. Co roku pieczemy blachę porządnego piernika, trzy makowce (bo tyle wychodzi z przepisu) i dwie góry pierników. Trochę sporo, żeby cztery osoby zjadły to wszystko w trzy dni, a to tylko deser… Przecież dochodzą do tego te wszystkie ryby w bigosie i kluski ze śmietaną… A co, gdyby umówić się ze znajomą rodziną, że oni pieką makowce, a my pieczemy piernik – a na końcu wymieniamy się po połowie? W ten sposób unikniemy marnowania jedzenia – lub naszych żołądków, próbując skonsumować wszelkie resztki zanim zamienią się w czerstwe blaty spleśniałego ciasta.
  5. W sumie to nie mam jeszcze innych pomysłów. Macie jakieś? Ja dopiszę swoje, jak na jakieś wpadnę.

Co robię przed Świętami?

Z Bożym Narodzeniem kojarzy mi się kilka liczb. Przede wszystkim 24, 25 i 26 – zgadnijcie dlaczego. Ale w świecie anglojęzycznym najczęściej spotyka się liczbę 12, głównie ze względu na niesamowicie popularną piosenkę ‘Twelve Days of Christmas’. Dla tych, którzy kojarzą melodię, a tytułu nie – to ta piosenka, której każda zwrotka kończy się (mniej lub bardziej denerwującym) ‘and a partridge in a pear tree’.

Z tego powodu listy 12 rzeczy związanych ze Świętami są szeroko wykorzystywane. A jako że lubię robić listy i dziś wyjątkowo zrobiłam sporo rzeczy z listy, którą zaraz przeczytacie, wpadłam na pomysł podsumowania wszystkiego, bez czego nie wyobrażam sobie grudnia w tym roku, i bez czego nie obeszłam się w grudniu ubiegłego roku.

Czy wy też robicie wszystkie te rzeczy, czy może uważacie, że część z nich znalazła się na liście zupełnie bezpodstawnie?

  1. Wieszam jemiołę nad oknem. Z czerwoną wstążką. Na chwilę obecną wstążka jest bardziej pomarańczowa, ale przy najbliższej wycieczce do pasmanterii zaopatrzę się w odpowiedni odcień.
    Tę dekorację podpatrzyłam u mojego znajomego z Inowrocławia, kiedy złożyłam mu (raczej nieoczekiwaną) wizytę w okresie przedświątecznym dwa lata temu. Było to dosyć żenujące, ale wniosło świeży powiew dekoracyjny do mojego pokoju.
  2. Zjadam wszystkie czekoladki z kalendarza adwentowego. Nie wszystkie naraz, oczywiście! Każdego dnia po jednej czekoladce. Co prawda w tym roku zostawiłam swój kalendarz w internacie, a nowego, polskiego jeszcze nie otworzyłam, ale łapiecie pomysł. Nie ma Świąt bez czekolady.
  3. Odchudzam się, żeby móc więcej wpier… niczyć w Wigilię, i Boże Narodzenie, i po Bożym Narodzeniu – jeżeli coś zostanie. (Ten punkt jest kwestią sporną – czy to odchudzanie mi wychodzi, czy nie, to już zależy i trzeba to traktować z przymrużeniem oka. Ale idea i postanowienie pozostaje).
  4. Dekoruję minichoinkę. Minichoinka to nic innego jak choinka w wersji mini, wykonana z plastiku, którą przez 11 miesięcy w roku (z kawałkiem) trzymam na szafie pod sufitem, a w grudniu, kiedy tylko przyjdzie odpowiednia pora (ten moment zwykle się wyczuwa) ściągam i stawiam na trójnogu. Później wygrzebuję spod łóżka pudełko z ozdobami świątecznymi i dekoruję moje małe drzewko tym co zawsze, czyli moją starannie wyselekcjonowaną kolekcją ozdób choinkowych w kolorystyce srebrno-niebieskiej.
  5. Pakuję prezenty. Część prezentów przywożę z Anglii, a część załatwiam na miejscu, ale nie wyobrażam sobie Świąt bez obdarowywania bliskich. Choćby to była tabliczka czekolady dla znajomej. Możecie narzekać na narastający komercyjno-konsumpcyjny charakter Bożego Narodzenia, ale jak raz-dwa razy w roku mam się szarpnąć na prezent dla kogoś, to lubię to robić w grudniu!
    kartki swiateczne
  6. Wypisuję kartki świąteczne! I polecam to każdemu. Kartki świąteczne zaczęłam wysyłać w zeszłym roku. Sama lubię je dostawać, więc mam nadzieję, że zarażę tym pomysłem znajomych i rodzinę i więcej ludzi otworzy się na ten sympatyczny zwyczaj.Robię jadłospis na Wigilię. Grunt to dobre przygotowanie, a przepisy trzeba znaleźć wśród gazetek w kuchni, skompletować zestaw składników i wszystko rozplanować logistycznie… Nie można zostawić rodziców z tym wszystkich. (Mówiąc rodziców, mam oczywiście na myśli tylko jednego rodzica).
  7. Słucham kolęd – w tym roku zaczęłam już pod koniec października, ale potem znów zrobiłam sobie przerwę i czekam, aż zaczną się pierwsze wigilie (czyli te szkolne, na które wpadnę z zapowiedzią lub bez, żeby podkradać kawałki ciast i paszteciki).
  8. Piekę pierniki, żeby roztoczyć świąteczny zapach w mieszkaniu. Wczoraj upiekłam blaszkę krajanki czekoladowo-piernikowej, która ogólnie zmieniła się w serię katastrof (nie jedną wielką katastrofę, tylko kilka małych. Choć jej historia nie jest aż tak emocjonująca, jak historia ‘Katastrofy’ sprzed jakichś ośmiu lat, kiedy… może opowiem innym razem).
    W każdym razie ten korzenny zapach uważam za esencję Bożego Narodzenia, i nie można go zaniedbywać.
  9. Oglądam filmy, których akcja toczy się w Święta. Na przykład ‘The Holiday’ z Cameron Diaz i Kate Winslet.
  10. Robię rzeczy, które przypominają mi (wczesne, wcześniejsze) dzieciństwo. Dwa lata temu reaktywowałam moje konto w Tibii i – werble – wbiłam 15 poziom w trzy dni. Rok temu… w sumie nie pamiętam. W tym roku wysłałam kilka pocztówek w ramach Postcrossingu, od którego miałam czteroletnią przerwę. A, no i zaczęłam pisać, czego nie robiłam od początku gimnazjum. Jakoś brakowało mi na to czasu, kiedy zaczęłam prowadzić zastęp. Szkoda. Przepaść w kreatywności, która się wytworzyła, jest niemalże nie do przeskoczenia.
  11. Jem duuuuuuuuużo mandarynek.Ciekawostka – zjadłam też persymonę (w supermarketach oznaczona etykietką ‘owoc kaki’), która ma podobny kolor do mandarynki. Też jest pomarańczowa! Czy to znaczy, że mogę ją zaliczyć do mandarynek? Jak uważacie?